niedziela, 30 lipca 2017

Mały Wiedeń i duży mróz czyli Bielsko Biała

     Minęło kilka miesięcy od naszego powrotu z Włoch i już siedzieliśmy na tyłkach niespokojnie. Gdzieś wyjechać nawet na weekend. Jest zima okres jeszcze świąteczny, wszędzie kolorowe światełka i biały śnieg.
     No to pakujemy plecaki i na weekend do Bielska-Białej. Wypad był krótki bo zaledwie 3 dni w tym niemal 2 podróży, ale zawsze to coś. Podróż jak zwykle z opóźnieniem, bo już w Rzeszowie okazuje się że nasz pociąg ma 90 min opóźnienia. Raźno więc szukamy autobusu do Krakowa. W jednym trzeba mieć rezerwacje, drugi już pełny ( dodam że autobusy z Rzeszowa do Krakowa odjeżdżają z trzech różnych miejsc a my spacerujemy z plecakami). W końcu udaje nam się jednak dostać do Krakowa, tam przesiadka i do Bielska. Na miejscu czeka na nas nasz Gospodarz. 
     Tym razem zatrzymujemy się u brata Emki i jego dziewczyny. Dużym plusem tego oprócz darmowego noclegu jest także to, że zorganizowali nam cały pobyt na miejscu. (dziękujemy!!!)
     Już na miejscu zjedliśmy obiad, chwila odpoczynku i ruszamy na podbój zarówno Bielska jak i Białej. Do 1951 roku były to dwie odrębna miejscowości. Jest styczeń i szybko robi się ciemno ale nam to na rękę, gdyż Bielsko jak co roku stara się o miano najładniej oświetlonego miasta w Polsce. Nasi Gospodarze oprowadzają nas po uliczkach galicyjskiego "Małego Wiednia". Trzeba przyznać, że jest co oglądać i czym się zachwycać. Jestem zawiedziony tylko tym, że przy dość sporym mrozie i słabym świetle moje łapki tak się trzęsą, że nie mogę zrobić dobrego zdjęcia. Oczy cieszą się kamieniczkami i zamkiem książąt Sułkowskich.




    Bielsko słynie także z dobranocek z lat mojego dzieciństwa.





No  i chyba najsłynniejsza z kamienic w Bielsku-Białej Pod Żabami


     Na koniec bielski rynek na którym wstąpiliśmy na kawę i gorącą czekoladę do kawierni Oskar, następnie na piwo do browru restauracyjnego Browar Miejski. Piwo z takich małych browarów smakuje jak najlepsze piwa z lat 90.


     Ogrzani po wizycie w lokalach, zrobiliśmy sobie jeszcze spacerek po Bielsku i wróciliśmy do domu naszych gospodarzy.
     Kolejny dzień chcieliśmy poświęcić na wyjazd wyciągiem na Skrzyczne, dlatego udaliśmy się do Szczyrku. Mróz nie odpuszczał i nawet w południe, było bardzo zimno.Zatrzymaliśmy się na początku Szczyrku, spacerkiem drogą Jakubową zmierzaliśmy ku podnóżu Skrzycznego.
   



Jednak gdy doszliśmy do wyciągu byliśmy zmuszeni wycofać się. Kolejka do wyciągu była tak długa, że czekając na pierwszy wyjazd musielibyśmy poświęcić około półtorej godziny. Dalej czekała by nas kolejna kolejka do kolejnego wyciągu.


     Dlatego nasi gospodarze zabrali nas na Dębowiec, niewielki szczyt w Beskidzie Śląskim na północ od Szyndzielni. Na szczycie stoi kaplica, w której ponoć w lecie Pallotyni co niedzielę odprawiają mszę.

     Po zejściu z Dębowca wróciliśmy na obiad i zaczęliśmy się przygotowywać do głównej atrakcji naszego wyjazdu. Nasi gospodarze bowiem załatwili także dla nas miejsce na kuligu organizowanym przez ich przyjaciół. Około godziny 8 wieczorem byliśmy na Straconce, tam zaczynał się nasz kulig.
Traktor z saniami przerobionymi z wozu i kilka sanek wyruszyło niedługo potem w stronę grzybka zlokalizowanego tuż przy szczycie. Jeszcze po drodze całe towarzystwo zaczęło się rozgrzewać wiśniówką a na grzybku rozpaliliśmy ognisko i kontynuowaliśmy rozgrzewanie się wiśniówką i wszystkim co mieliśmy. Około północy dotarliśmy na sam szczyt. Chwilę później zaczęliśmy schodzić na dół. Temperatura byla grubo ponizej -25 stopni Celsjusza. W połowie drogi dogonił nas traktor z resztą naszych współbiesiadnikow i zawiózł nas na parking. Tak zakończył się kolejny dzień.
     W niedzielę jeszcze odwiedziliśmy dworzec PKP, wybudowany przez cesarza dworzec jest perełką jak większość dworców galicyjskich.


Pozostał nam już tylko powrót do domu i tak zakończyła się nasza kolejna wyprawa.

niedziela, 16 lipca 2017

Dwa tygodnie w Apulii - Jeszcze do Basilicaty i wracamy


     To już ostatnie dni  we Włoszech. Czwartkowy poranek zaczął się od przykrej niespodzianki. Kawa którą zakupiliśmy z Emką dzień wcześniej okazała się kawą bezkofeinową. My Kolejny dzień zwiedzania zaczynaliśmy o godzinie 6:00 rano, więc pozostało nam wypić kawę bez kofeiny i liczyć na postój w kafejce. Znudzeni już kościołami i miastami wykorzystaliśmy okazje wyjazdu na łono natury, pojechaliśmy na pogranicza Apulii i Basilicaty, gdzie pełni zachwytu mogliśmy pospacerować po włoskich "Bieszczadach", do tej pory nie wiem jak naprawdę nazywają się te góry , jednak zauroczyły nas ogromnie.





     Byliśmy niezmiernie zdziwieni tym że w tak pięknym miejscu nie spotkaliśmy nikogo oprócz nas.




     
     Jedyne żywe istoty jakie stanęły na naszej drodze to stadko cudownych koni, które pasły się na stoku, zwierzęta chodź oswojone nie pozwoliły zbyt blisko do siebie podejść.



     Oprócz pięknych widoków był jeszcze jeden plus tej wyprawy, Pewni tego że nie znajdziemy żadnego sklepu na naszej drodze zabraliśmy prowiant ze sobą i nie musieliśmy się przejmować włoskim riposo czyli popularną sjestą. Po zjedzeniu kanapek wyruszyliśmy w dalszą drogę. Prowadziła nas ona pośród kolejnych wspaniałych wzgórz i pozwalała na cieszenie oczu wspaniałymi widokami. Aparat aż grzał się abyście mogli chociaż odrobinę mogli z nami zachwycać się pięknem tych gór. My ponad pół roku po pobycie tam wciąż wracamy pamięcią do tego miejsca.












     
     Zmęczeni ale szczęśliwi dotarliśmy do mieszkania i tak skończyliśmy nasz kolejny dzień. Trudno się pisze o takim dniu, bo nie wiele można napisać. To trzeba zobaczyć i cieszyć oczy tymi widokami.
     Kolejny dzień spędziliśmy na słodkim leniuchowaniu i odwiedzaniu znajomych Emki z poprzednich jej pobytów w Alberobello.
    Nadeszła jednak sobota i nasz wyjazd miał się kończyć. Wstałem rano aby ostatni raz obejść uliczki z trullami i ostatni raz poczuć magię tych wspaniałych domków.








     
     Około południa wyruszamy po raz ostatni ze stacji Alberobello. Tym razem do Bari. Miał to być ostatni punkt naszej podróży. W Bari mieliśmy zostawić bagaż w przechowalni i wyruszyć na miasto. Na miejscu jednak okazało się, że nic nie zobaczymy. Przechowalnia bagażu była nie czynna, jej pracownicy strajkowali a my zostaliśmy z walizkami. Po kilku próbach zostawienia bagażu w sklepie lub barze na stacji daliśmy sobie spokój i obiecaliśmy wrócić tu kiedyś aby nadrobić Bari.
     Cóż było robić, pojechaliśmy na lotnisko. Tam udało nam się zwiedzić jeszcze wystawę mechanizmów wg. projektów Michała Anioła.
   


     Odprawa i lot do Katowic. W Katowicach na lotnisku byliśmy kilka minut po północy.
Dalej busem do Krakowa, następnym do Rzeszowa i autobusem do Leżajska.

Tak kończą się nasze Dwa tygodnie w Apulli.

Dwa tygodnie w Apulii- Wyjeżdżamy z Apulii czyli Matera

      Wczoraj poszliśmy spać dość późno a dziś mieliśmy wstać wcześnie rano. Dziś kolejny z naszych dobroczyńców, gdyby nie on nie dojechal...