Minęło kilka miesięcy od naszego powrotu z Włoch i już siedzieliśmy na tyłkach niespokojnie. Gdzieś wyjechać nawet na weekend. Jest zima okres jeszcze świąteczny, wszędzie kolorowe światełka i biały śnieg.
No to pakujemy plecaki i na weekend do Bielska-Białej. Wypad był krótki bo zaledwie 3 dni w tym niemal 2 podróży, ale zawsze to coś. Podróż jak zwykle z opóźnieniem, bo już w Rzeszowie okazuje się że nasz pociąg ma 90 min opóźnienia. Raźno więc szukamy autobusu do Krakowa. W jednym trzeba mieć rezerwacje, drugi już pełny ( dodam że autobusy z Rzeszowa do Krakowa odjeżdżają z trzech różnych miejsc a my spacerujemy z plecakami). W końcu udaje nam się jednak dostać do Krakowa, tam przesiadka i do Bielska. Na miejscu czeka na nas nasz Gospodarz.
Tym razem zatrzymujemy się u brata Emki i jego dziewczyny. Dużym plusem tego oprócz darmowego noclegu jest także to, że zorganizowali nam cały pobyt na miejscu. (dziękujemy!!!)
Już na miejscu zjedliśmy obiad, chwila odpoczynku i ruszamy na podbój zarówno Bielska jak i Białej. Do 1951 roku były to dwie odrębna miejscowości. Jest styczeń i szybko robi się ciemno ale nam to na rękę, gdyż Bielsko jak co roku stara się o miano najładniej oświetlonego miasta w Polsce. Nasi Gospodarze oprowadzają nas po uliczkach galicyjskiego "Małego Wiednia". Trzeba przyznać, że jest co oglądać i czym się zachwycać. Jestem zawiedziony tylko tym, że przy dość sporym mrozie i słabym świetle moje łapki tak się trzęsą, że nie mogę zrobić dobrego zdjęcia. Oczy cieszą się kamieniczkami i zamkiem książąt Sułkowskich.
Na koniec bielski rynek na którym wstąpiliśmy na kawę i gorącą czekoladę do kawierni Oskar, następnie na piwo do browru restauracyjnego Browar Miejski. Piwo z takich małych browarów smakuje jak najlepsze piwa z lat 90.
Kolejny dzień chcieliśmy poświęcić na wyjazd wyciągiem na Skrzyczne, dlatego udaliśmy się do Szczyrku. Mróz nie odpuszczał i nawet w południe, było bardzo zimno.Zatrzymaliśmy się na początku Szczyrku, spacerkiem drogą Jakubową zmierzaliśmy ku podnóżu Skrzycznego.
Jednak gdy doszliśmy do wyciągu byliśmy zmuszeni wycofać się. Kolejka do wyciągu była tak długa, że czekając na pierwszy wyjazd musielibyśmy poświęcić około półtorej godziny. Dalej czekała by nas kolejna kolejka do kolejnego wyciągu.
Po zejściu z Dębowca wróciliśmy na obiad i zaczęliśmy się przygotowywać do głównej atrakcji naszego wyjazdu. Nasi gospodarze bowiem załatwili także dla nas miejsce na kuligu organizowanym przez ich przyjaciół. Około godziny 8 wieczorem byliśmy na Straconce, tam zaczynał się nasz kulig.
Traktor z saniami przerobionymi z wozu i kilka sanek wyruszyło niedługo potem w stronę grzybka zlokalizowanego tuż przy szczycie. Jeszcze po drodze całe towarzystwo zaczęło się rozgrzewać wiśniówką a na grzybku rozpaliliśmy ognisko i kontynuowaliśmy rozgrzewanie się wiśniówką i wszystkim co mieliśmy. Około północy dotarliśmy na sam szczyt. Chwilę później zaczęliśmy schodzić na dół. Temperatura byla grubo ponizej -25 stopni Celsjusza. W połowie drogi dogonił nas traktor z resztą naszych współbiesiadnikow i zawiózł nas na parking. Tak zakończył się kolejny dzień.
W niedzielę jeszcze odwiedziliśmy dworzec PKP, wybudowany przez cesarza dworzec jest perełką jak większość dworców galicyjskich.
Pozostał nam już tylko powrót do domu i tak zakończyła się nasza kolejna wyprawa.