niedziela, 15 kwietnia 2018

Na wsi międzywojnia czyli skansen w Kolbuszowie

Dziś w słoneczną niedziele wyruszmy do Kolbuszowej żeby zwiedzić skansen. Byliśmy tam już na sesji zdjęciowej po ślubie, wtedy jednak przegonił nas deszcz. Tym razem pogoda nam sprzyjała.
     Po obiedzie w gronie rodzinnym spakowaliśmy się do Punto i ruszyliśmy do skansenu. Dojechaliśmy po  południu na miejsce, co spowodowało  że słońce ślicznie układało nam się na zdjęciach. 
     Zanim jednak całkowicie pochłonie nas historia to szukamy miejsca by przebrać Julkę i tu mała dygresja. Co prawda, dzięki temu że coraz więcej ludzi jeździ z małymi dziećmi robi się również coraz więcej przebieraków. Nie jest to jednak pewnik a jeżeli ojciec pojedzie sam to już raczej nie znajdzie przebieraka w męskiej toalecie.
     Julka już przebrana i tym razem w wózku, więc startujemy.


     Kasa jest w dworku z Sędziszowa Młp. Kupujemy bilety i przenosimy się w wiejski świat przełomu XIX i XXw.
    Dalej nasze oczy cieszy dom z Żołyni. Kryty gontem dom jest typowy dla małomiasteczkowego budownictwa małopolskiego. Na początku poprzedniego wieku mieścił się w nim urząd gminy Żołynia wieś
   














     Następny na naszej drodze jest Chrystus ukrzyżowany z Kolbuszowej Dolnej. Był to pierwszy eksponat w tutejszym skansenie
Później  naszą uwagę przykuł młyn wodny 
Młyn był jednym z najważniejszych budynków w wiosce gdyż dawał on mąkę na chleb.


Alternatywą dla młynów wodnych były wiatraki, ten służył głównie do mielenia kaszy.

 A to przykład kapliczki skrzynkowej. Takich kapliczek jest jeszcze wiele w wioskach czy nawet lasach.








To pierwszy obiekt przyszłego założenia dworskiego. Oprócz niego w jego skład wejdzie: dwór otoczony parkiem oraz niewielkim ogrodem, część gospodarcza, w której będzie usytuowana m.in. rządcówka, stajnia z wozownią, kuźnia i obora." - tak piszą na stronie skansenu i rzeczywiście tuż obok trwała  budowa. Jest to najstarszy budynek w muzeum pochodzący z 1784r. a jest to oczywiście spichlerz dworski.


Tuż obok spichlerza znaleźliśmy ul pawilonowy. Pewnie pszczelarze często widują takie ule i może nawet są one jeszcze w użytku, dla mnie jednak był wielkim zaskoczeniem ul do którego może wejść człowiek.
 Dalej nastąpiła seria zagród, w większości z nich budynki kryte były strzechą,




 trafiła się też taka w której dom choć pokryty strzechą to z kalenicą z dachówki.
Jak później się okazało było to oznaką bogactwa, a sama zagroda należała do dwóch pokoleń posłów.





 W niektórych zagrodach były nawet hodowane zwierzęta. 


 To już kościół św. Marka Ewangelisty z Mielca.
Tuż koło tego kościoła w przyszłości ma stanąć organistówka wraz z obejściem z Leżajska,
na co niecierpliwie czekamy.






W międzyczasie mijamy serię kapliczek i krzyży przydrożnych



     Ja jednak szybko pobiegłem do karczmy, licząc na chłodne piwko. Jednak ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu było zamknięte ;P.


Na koniec dotarliśmy do remizy z końca XIXw. Strażacy jednak też mieli wolne bo stała ona opuszczona i samotna.

 Kończymy nasz spacer pięknym widokiem na zagrody za jeziorem w chylącym się ku zachodowi słońcu









Szybko wpadam jeszcze do kas po magnesy dla moich towarzyszek i dopytać o leżajską organistówkę.

Okazuje się jednak że plany tegoroczne nie przewidują ustawienia "naszego" zabytku.

To nic bo będzie okazja wrócić tu w kolejnym roku aby znowu dopytać o zagrodę z Leżajska

Dziś już wracamy do domu a spotkamy się po kolejnym wyjeździe 



piątek, 13 kwietnia 2018

Spacerkiem po okolicy czyli Julia w Julinie

     Po zimnych świętach przyszedł piękny weekend. Żal byłoby zostać w bloku przy takim pięknym słoneczku na zewnątrz. Zastanawiamy się więc gdzie na ten spacer. Decyzja pada na pałacyk Julin.

    Kiedy byłem tam ostatnio, kilka lat temu to dookoła były tylko krzaki. Tym razem gdy dojechaliśmy na miejsce, czekała na nas niespodzianka. Dzięki poprowadzonej tędy ścieżce rowerowej GreenVelo powstało miejsce parkingowe i grzybek.
    Na miejscu zadajemy sobie pytanie czy wejdziemy w ogóle do parku. Zostawiamy Punto na parkingu i zanim wyjmiemy Julkę i wypuścimy Józka (naszego psa)  z samochodu idę zrobić mały rekonesans. Na tablicy przy wejściu widzę napis "wejście 1 zł" ale na furtce wisi jakaś kartka. Byłem już przekonany, że to pewnie zakaz wchodzenia a tu czeka na nas miła niespodzianka.
Kartka oznajmia nam że wejście jest za darmo.

     Wracam więc z dobrą nowiną do Emki, zakładam na siebie nosidło z Julką a Emka zapina Józka do smyczy i ruszamy do parku.
Tuż przy wejściu na plac stoi "dyrektorówka" czyli budynek dla służby


a dalej Pałac letni zwany myśliwskim

     
i kuchnia wraz z lodownią

     Zespół pałacowy ukończono w 1880 roku, został on wybudowany przez Alfreda Józefa Potockiego, drugiego ordynata łańcuckiego. Sam pałac wybudowany w stylu szwajcarsko-tyrolskim z drzewa sosnowego, jodłowego i świerkowego. W 1923 roku doprowadzono tu wodociąg a dwa lata później zbudowano elektrownię w ten sposób stał się on pierwszym obiektem w okolicy, w którym zamiast świec zapłonęły żarówki.  W czasie PRL-u był tu oblegany ośrodek kolonijny przechodzący z rąk do rąk kolejnych zakładów, ale zadbany i remontowany. Po upadku starego systemu pałac zaczął popadać powoli ale systematycznie w ruinę, zarastał krzakami, nie koszono trawy a basen i korty tenisowe wybudowane dla potrzeb koloni nie nadawały się do użytku. W 1996 roku kompleks został przekazany muzeum zamku w Łańcucie, co przez lata w żaden sposób nie poprawiło jego  sytuacji. Teraz jednak zastaliśmy tam gospodarza, który właśnie zabierał się za sprzątanie liści, woda z basenu została wypompowana a park znowu przypomina park.  







     Zadowoleni z takiego stanu rzeczy i pogody musieliśmy jednak wracać bo nadchodziła pora karmienia.




Dwa tygodnie w Apulii- Wyjeżdżamy z Apulii czyli Matera

      Wczoraj poszliśmy spać dość późno a dziś mieliśmy wstać wcześnie rano. Dziś kolejny z naszych dobroczyńców, gdyby nie on nie dojechal...