piątek, 24 listopada 2017

Skały i zamek czyli Czarnorzeki

     Minęły dwa tygodnie od wyjazdu do Łańcuta a my już byliśmy spakowani na kolejny wyjazd. Tym razem postanowiliśmy pojechać do Czarnorzek. To tam, kilka kilometrów od Krosna, zaczyna się szlak po rezerwacie Prządki. 
     Wstajemy więc rano i w drogę. Tym razem pojechała z nami  moja mama. Już w drodze do Rzeszowa zaczęło mżawić. Zaczęliśmy się nawet zastanawiać czy nie zmienić planów i nie pojechać do Sanoka obejrzeć zbiory prac Beksińskiego. Ostatecznie stanęło na tym, że jednak do Prządek.
     Wysiadamy w Czarnorzekach i deszcz przestaje padać. My natomiast zaczynamy szukać początku szlaku.
     Już na drodze najwyższe skały pokazują nam swoje "oblicze".


      Wiedzieliśmy, że szlak zaczyna się obok kościoła w Czarnorzekach, zaczęliśmy więc szukać tego kościoła. Na nasze nieszczęście nikogo nie spotkaliśmy na ulicy. Czarnorzeki to nie duża miejscowość, więc jakoś dotarliśmy do początku szlaku.

     Stanęliśmy więc przed kościołem Przemienienia Pańskiego czyli dawną cerkwią greckokatolicką pw. św. Dimitra. Tu  postanowiliśmy zjeść śniadanie


 i w drogę


do rezerwatu Prządki.


     Spotykamy pierwsze ostańce skalne, które już robią wrażenie a są one raczej nieduże w porównaniu do tego co będzie nam dane widzieć.




    Rezerwat ma swoją nazwę pochodzącą od legendy. Głosi ona, że na wzgórzu w kamień zostały zaklęte prządki lnu, za karę za to że przędły w dzień świąteczny.






Skały  mają fantastyczne kształty i cieszą nasze oczy.




 
     Dochodzimy do końca rezerwatu, ale to nie koniec naszej wycieczki.


Dalej po chwili odpoczynku wybieramy się do zamku Kamieniec.


     Czerwonym szlakiem doszliśmy do tegoż zamku czy raczej jego ruin. O zamku tym ponoć Aleksander hrabia Fredro napisał Zemstę.
     Zaczynamy od zbiorów zamku.






     Dalej rzut oka na sam zamek.



     Chwila odpoczynku i wracamy do Czarnorzek na autobus




     My wracamy, deszcz znowu zaczął wracać a wy możecie jeszcze obejrzeć filmiki z naszego wyjazdu



My za chwilę do Krakowa a potem długo długo nic, ale o tym kolejnym razem.

niedziela, 12 listopada 2017

Rośliny owadożerne czyli Łańcut

     Minęło kilka miesięcy od ostatniego wyjazdu, odbył się nasz ślub i już siedzieliśmy niespokojnie. Szybko, więc wykorzystaliśmy okazję na choćby krótki wypad.
     Tym razem to łańcucki zamek miał zostać przez nas nawiedzony. Wraz z Emką i jej mamą udaliśmy się do łańcuckiej storczykarni, aby obejrzeć  rośliny owadożerne.  


     Po odstaniu w kolejce, weszliśmy i naszym oczom ukazały się owe rośliny.
Niestety kolejka na zewnątrz nie znikała nagle wewnątrz dość wąskiej storczykarni. Dlatego popychani z tyłu szybko obeszliśmy wystawę. Zrobiłem jednak kilka zdjęć i zdążyłem zachwycić się kilkoma z roślin. Kupiliśmy nawet dzbanecznik, który do dziś pięknie nam uschnął.










     Po obejściu storczykarni udaliśmy się do parku i zaczęliśmy planować dalszą część dnia.


     Byłem w łańcuckim zamku rok temu, pozostawiłem wybór paniom. Sam w tym czasie polowałem na ptaki.

     Panie postanowiły odwiedzić zamek i pozostałe posiadłości.


     Ja tylko odwiedziłem drugie nie dawno oddane piętro.
Ale na razie czekamy w holu.



     Drugie piętro prezentuje się wspaniale. Niestety światło jest tak słabe, że większość zdjęć nie wyszła. Jednak to coś co warto było zobaczyć.



     Gdy dziewczyny poszły oglądać pierwsze piętro, ja postanowiłem pofotografować.







     Dalej wybraliśmy się do ogrodu różanego. Nie było kwitnących róż ale ślicznie kwitły maki.






     Dziewczyny poszły jeszcze odwiedzić stajnie i powozownie, ja zaglądnąłem tylko przez otwarte drzwi.


     Na końcu odwiedziliśmy zbiór ikon. Przepiękne i magiczne miejsce, zdjęcia niestety nie wyszły ale to daje wam możliwość odwiedzenia tego miejsca i zweryfikowania mojego zachwytu.


     Tak minął nam dzień w Łańcucie. Skończył się nasz krótki wyjazd. Zadowoleni wróciliśmy do domu i zaczęliśmy planować kolejny krótki wyjazd, bo za chwilę zawita w naszym życiu Julka i zatrzyma nasze wyjazdy.

Dwa tygodnie w Apulii- Wyjeżdżamy z Apulii czyli Matera

      Wczoraj poszliśmy spać dość późno a dziś mieliśmy wstać wcześnie rano. Dziś kolejny z naszych dobroczyńców, gdyby nie on nie dojechal...