niedziela, 28 sierpnia 2016

Pora wracać... a nie chcemy.

     Kolejny dzień wita nas dość ponuro i deszczownie. Na szczęście nocna burza ledwie o nas zahaczyła. Przedsionek namiotu lekko zalany, kałuża  przy wejściu. Zamek w naszym namiocie nie do końca się spisał.
     Poranna toaleta, śniadanie i pora się spakować. O 9 spakowani i wymeldowani, z całym bagażem na plecach ruszamy w ostatni już spacer na tym wyjeździe.
     Punkt pierwszy to kawa obok zamku w Niedzicy. Wspinamy się więc wytrwale po schodach na zaporę (w sobotę bagaż zdawał się dużo lżejszy). Pijemy kawę i zastanawiamy się nad wejściem na zamek. Ostatecznie odpuszczamy sobie, bo kolejka spora a my mamy coraz mniej czasu.
    Udajemy się więc na przystań. Po drodze kupujemy pamiątki dla bliskich, wtem pojawia się człowiek grający na cymbałach

fot.Emka


fot.Emka


fot.Emka

     Oboje z Emką uwielbiamy muzykę, więc nie mogliśmy przejść obojętnie. Wrzuciliśmy pieniążka i zasłuchaliśmy się. Po chwili rozmowy okazało się, że nasz muzyk jest również malarzem. Marcin Żarnecki, bo  tak nazywa się artysta, opowiada nam trochę o instrumencie na którym gra, swoich planach na przyszłość i nagrywanej płycie. Wymieniamy się kontaktami i niestety musimy wyruszać dalej. 
     Na przystani kupujemy bilety na drugi brzeg, do Czorsztyna. To świetny sposób aby się dostać  na drugą stronę i chyba jedyny środek transportu. Chwilę później siedzimy wygodnie na statku, który oddala nas od jednego zamku ale zabiera ku drugiemu





     Krótka podróż i znów stajemy na twardym lądzie. Przed nami ostatni punkt programu, ruiny zamku w Czorsztynie. Pod zamek docieramy po kilkunastu minutach i zaczynamy zwiedzanie.


Zamkowa kuchnia



Widok na mury obronne



Taki widok z okna mógłby mieć



Niestety równe ściny, nowa cegła, kostka i sufity z płyty karton-gips nie pasują mi tu wcale.



no i dyby obowiązkowo


żegnamy się z zamkiem

     Teraz pozostało dostać się na przystanek. Docieramy tam zmęczeni ciężarem bagażu i słońcem, które postanowiło umilić nam powrót do domu. Bus który w stronę spływu kosztuje 9 zł w drugą stronę zabiera nas za 5 zł.
     W Szczawnicy czekając na przesiadkę w ramach obiadu zamawiamy sobie oscypka z żurawiną, kwaśnicę i pszeniczne. Ostatni posiłek zjedzony. Bus zabiera nas do Tarnowa, oczywiście dzięki korkom do Tarnowa dojeżdżamy z opóźnieniem i przeładowanym busem. W Tarnowie ratuje nas PKP i zabiera do Rzeszowa, skąd Papryk (mój brat) odbiera nas i odwozi do domu.
     W ten sposób kolejna podróż dobiega końca a my jutro ruszamy do pracy zarobić na następną. Gdzie tym razem? Któż to wie?

niedziela, 21 sierpnia 2016

Ruszamy po diadem na Trzy Korony

     Kolejny dzień naszego króciutkiego urlopu zaczynamy o 6 rano. Okazuje się, że zapomniałem jak się śpi w namiocie. Śpiwory sprawdziły się w stu procentach ale brak materaca był odczuwalny.
     Podróże to nie tylko miejsca, ale i ludzie. W czasie gdy Emka kończyła poranną toaletę, ja prowadziłem rozmowę z sąsiadem. Wspominałem, że wczoraj odbył się bieg górski i właśnie nasz sąsiad był jego uczestnikiem. Podziwiam takich ludzi. 80 km w ciągu kilku czy kilkunastu godzin to nie lada wyczyn. Pan opowiedział mi o tym jak zgubił się na trasie, jak zastała go noc w górach i o innych swoich wyczynach.
     Emka też skończyła się przygotowywać więc wyruszamy. Szlak czerwony, którym zamierzamy rozpocząć wejście na Trzy Korony, zaczyna się na drodze obok naszego pola namiotowego. Ruszamy w stronę Sromowców Wyżnych z nadzieją wypicia kawy i jakieś zakupy. Znajdujemy sklep i karczmę ale jest 7.30 a otwierają o 13. Mamy jednak zapasy w plecaku, siadamy na grzybku i jemy śniadanie. W trakcie śniadania kombinujemy jak tu ominąć godzinę marszu asfaltem. Na przystanku tuż obok nas pojawiają się flisacy, którzy jadą do pracy na spływ. Co prawda oni czekają na kolegów, którzy ich zabiorą ale za chwile pojedzie autobus wiozących innych flisaków. Dołącza do nas druga para która także chce się dostać do Kątów. Autobus przejeżdża obok nas nie dając nam nawet czasu na reakcję.Nasi współtowarzysze decydują się wyruszyć dalej na piechotę, my jeszcze czekamy mając nadzieję na to, że to nie nasz bus. Po kilku minutach ruszamy jednak i my. Przeszliśmy kilkaset metrów i udało nam się złapać stopa. Uratowani!!!
     Dojeżdżamy więc z flisakami, którzy zabrali nas po drodze, do Kątów. Dziękujemy za podwózkę i ruszamy w poszukiwaniu kawy. Emka proponuje kawę w bacówce, ale gospodarze bacówki proponują nam tylko sery. Ostatecznie wypijamy kawę w budce na parkingu. Uzupełniamy zapasy wody i o 9.30 wyruszamy na szlak. Zaczynamy od pomylenia drogi i zamiast wejść na szlak wchodzimy na ścieżkę wydeptaną przez owce. Po kilku minutach znajdujemy jednak szlak i zaczynamy się wspinać. Ponad roczny rozbrat z górami i półroczny odpoczynek w domu po zabiegach szybko dały o sobie znać. Z Kątów do przełęczy Trzy Kopce mapa podaje 1h , my idziemy półtorej godziny a ja sapie jak parowóz. W końcu dochodzimy jednak do skrzyżowania szlaków. Teraz już łatwo ruszamy na przełęcz Szopka. Na szlaku mijamy zaledwie kilka osób. Zmęczeni podejściem i z powodu lasów dookoła nie wyciągamy nawet aparatów.
     Na przełęczy Szopka już masa turystów tu przecinają się szlaki od Krościenka, Czorsztyna, Kątów i Sromowic Niżnych. Witamy się z wszystkimi i przysiadamy aby odpocząć. Tu dowiadujemy się, że do PPN nie wolno wprowadzać zwierząt. (Pani która weszła z pieskiem szybko i boleśnie się o tym dowiedziała. Została "nagrodzona" mandatem.)
    Ci którzy śledzą naszego bloga wiedzą, że jesteśmy w trakcie Korony Gór Polski. Tym razem jednak pieczątka ma się znaleźć w nowej książeczce. Trzy Korony mają być naszym pierwszym szczytem Diademu Gór Polski. Wyruszamy więc po pierwszą pieczątkę w nowej książeczce. Po drodze uzyskujemy podpisy przewodnika jak wymaga organizator i robimy ostatnie podejście. Dopiero na szczycie spotykamy tłumy

     Kolejka na taras widokowy ma około godziny. Odpuszczamy sobie czekanie. Podbijamy książeczki, szybkie zdjęcie na szczycie i wyruszamy na wzgórze Zamkowe



Coraz bardziej zmęczeni zdobywamy Zamek Pieniny gdzie bł. Kinga schroniła się wraz z zakonnicami ze Starego Sącza przed najazdem tatarskim



Szlak zaczyna się robić coraz piękniejszy i w taki sposób wracamy na przełęcz Szopka. Tam decydujemy, że schodzimy żółtym szlakiem do Sromowców Niżnych. Schodzimy więc podziwiając widoki na szlaku. Decyzja była świetna, szlak łatwiejszy ale piękny.












fot.Emka


fot.Emka


fot.Emka


fot.Emka


fot.Emka


fot.Emka


fot.Emka

W końcu naszym oczom ukazuje się schronisko "Trzy Korony"



Tam zjadamy obiad. Placki po węgiersku za 20 zł. Porcja taka że największy głodomor się naje.
      To jednak nie koniec atrakcji na dzisiaj. Jest dość wcześnie, bo o 17 jesteśmy już na dole. Postanowiliśmy więc udać się jeszcze na spływ Dunajcem. Koszt spływu to 49 zł, musieliśmy zaczekać około 20 min. aż skompletuje się cała łódź. Później dwie godziny spływu do Szczawnicy. Widoki oszałamiają. Przełom Dunajca to jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce. Flisacy dbają nie tylko o to abyśmy bezpiecznie przepłynęli  ale także o to żeby nie było nudno. Opowiadają żarty i ciekawostki na temat tego co widzimy. Aparaty aż się grzeją a oczy cieszą się widokami. Dla każdego kto pojawi się w Pieninach to punkt obowiązkowy.








fot.Emka


fot.Emka


fot.Emka


fot.Emka




fot.Emka



fot.Emka


     Dopływamy do Szczawnicy. Tam szukamy busa, który odwiezie nas do Sromowców. Podróż busem znowu przedłużona dzięki korkom w Krościenku. Docieramy do Sromowców, dalej spacerkiem na Polane Sosny. Po drodze robimy zakupy. Wracamy, jemy kolacje ze swoich zapasów. Nadciąga burza więc po prysznicu chowamy się do namiotu, pijemy piwko i zasypiamy.
     Jutro trzeba wracać, ale dziś cieszymy się i wspominamy widoki jakie były nam dane.

Dwa tygodnie w Apulii- Wyjeżdżamy z Apulii czyli Matera

      Wczoraj poszliśmy spać dość późno a dziś mieliśmy wstać wcześnie rano. Dziś kolejny z naszych dobroczyńców, gdyby nie on nie dojechal...