wtorek, 27 grudnia 2016

Dwa tygodnie w Apulii- Polignano a Mare i Monopoli czyli czar Adriatyku

     Kolejny dzień przed nami. Plan na dziś prosty. Morze i plaża. Cały dzień morze i plaża a ja nie lubię plaży i leżenia. No przynajmniej tak mi się wydawało. Ale po kolei.
     Dzień zaczyna się standardowo od kawy i śniadania. dalej będzie jednak niestandardowo.
Zaczynamy od targu w Alberobello i gdy dziewczyny poszły oglądać fatałaszki ja "odpaliłem" aparat by uchwycić kolory na części z "żarełkiem"
   




 gotowe mieszanki grochów na zupę


 oliwki

 papryczki


 cytrusy prosto z drzewa

 i moje ulubione sery

     Po oglądnięciu zawartości jadalnej targu, wyruszamy na spotkanie z naszym dzisiejszym kierowcą. Tu też zaczyna się historia dobrych ludzi, dzięki którym mogliśmy zobaczyć więcej i dłużej cieszyć się pobytem w różnych miejscach. Zanim jednak opowiem coś o naszym kierowcy i wyruszymy nad Adriatyk trafiamy do muzeum wina i jednocześnie fabryki wina.
     ALBEA bo tak nazywa się to miejsce to nie tylko muzeum wina ale raczej muzeum tradycji. Zgromadzone tu eksponaty pokazują jak na stałe splotły się tu losy wina i okolicznej ludności. 





 Dzięki temu, że nasza Gospodyni jest kobietą pracującą i żadnej pracy się nie boi, to pracowała i tu i mogliśmy obejść nie tylko teren przeznaczony pod muzeum, ale także teren samej fabryki.

      Kończymy naszą wizytę w muzeum i spotykamy się z naszym kierowcą. To może kilka słów o tym jak spotkaliśmy człowieka który wiezie nas do Polignane. Otóż sytuacja miała się tak. Pamiętacie, że poruszamy się głównie pociągami a kto czyta uważnie pamięta także naszą wizytę w restauracji Fidelio. Już powiąże oba wątki. Nasz kierowca jest "pizzajolo" czyli robi pizze w tej restauracji. Jest także nauczycielem w Polignano i gdy dowiedział się że wybieramy się tam pociągiem, zaproponował że możemy jechać z nim.
     Tak więc teraz jedziemy i podziwiamy gaje oliwne a w nich przedziwnie poskręcane stare drzewa oliwne. Dojeżdżamy jednak do Polignano a Mare. Dziękujemy kierowcy za podwózkę i po raz pierwszy widzę Adriatyk

     Dalej marsz na plażę. Pogoda nam dopisuje, niektórzy nawet kąpią się w morzu. Emka z Gospodynią rozbijają biwak na kamienistej plaży. Jemy kanapki z prowiantu tym razem przytomnie zakupionego wcześniej, bo przecież jak my zgłodniejemy to zacznie się siesta 😄. Dziewczyny opalają się a ja urzeczony widokami fotografuję co się da. Pozwalam sobie nawet na wejście do morza tak po kostki bo nie umiem pływać.














 Czas jednak upływa a my mamy jeszcze kilka planów. Kończymy więc nasze plażowanie i wyruszamy dalej.

      Odwiedzamy jeszcze plac z pomnikiem Domenico Modugno. Starsi pamiętają na pewno tego pana. Młodszym przypominam poniżej artystę, który jest wizytówką Polignano a Mare.


     Takim widokiem żegnamy się z Adriatykiem w Polignane i wyruszamy na autobus, którym dostaniemy się jeszcze na kilka godzin do Monopoli
   
 Monopoli oczarowuje mnie ciasnymi uliczkami, w których zakochałem się w Locorotondo i ogródkami.

    Oczywiście obowiązkowym punktem programu były kościoły,

w których najważniejsze są moje ukochane baptysteria.


     Wreszcie trafiamy do kościoła di Santa Maria del Suffragio detta del Purgatoria. Kościół "częstuje" nas takim makabrycznym widokiem. Mumii jest tam znacznie więcej, nawet zmumifikowane dziecko znajduje się w jednej z gablot.

Cały pobyt we Włoszech szukałem wytłumaczenia tego makabrycznego przedstawienia. Dopiero jednak po powrocie, dzięki znajomym z grupy Klub Traperów na FB, okazało się że ma to związek z tak zwanym drugim pochówkiem. Nasza koleżanka, rezydentka w Apulli Anna M. tak napisała mi na grupie gdy dopytywałem o te zmumifikowane zwłoki z kościoła w Monopoli: "Już wiem,  w 1687r.miało miejsce tragiczne zdarzenie w Starej Katedrze Romańskiej, zawaliła się dzwonnica i zginęło wtedy 37 osób, było też dużo rannych , te mumie należą do rodzin Indelli i Palmieri , które były b.ważne w Monopoli .Dziewczynka nazywała się Plautilla Indelli , miała 2 lata .Osoby te zginęły w tej właśnie katastrofie.I ma to związek z tym właśnie drugim pochówkiem (to że są zmumifikowane )."

     Idziemy jeszcze pożegnać się z Adriatykiem

i wracamy przez starówkę na przystanek.

Tym razem autobusem wracamy do Alberobello. To jednak nie koniec na dzisiaj. Aga zabiera nas na kolację do drugiej z restauracji, w których pracuje. Tak trafiamy do Le Arcate na obrzeżach miasta. 
     Kolacja w stylu sułtańskim jak na moje wymagania. Zaczynamy od przystawek, których było 8. Jak dla mnie kolacja śmiało mogła się na tym skończyć. Tak jednak nie było, po przystawkach przyszedł czas na pierwsze i drugie danie (z tym, że we Włoszech pierwsze danie to nie żadna zupa a najczęściej makaron) makaron z jakimś lokalnym warzywem i owoce morza. Mój żołądek mówił mi że już dość, dziewczyny twierdziły, że też już nic nie wcisną w siebie więc nie zamawialiśmy już nic na deser. Właściciele uznali jednak, że bez deseru nie mogą nas wypuścić. Dostaliśmy deser na koszt właścicieli a potem jeszcze nalewki w kilku wersjach na spróbowanie. Dla mnie najlepsza była z liści laurowych. 
     Tylko jak po takiej kolacji wrócić na mieszkanie skoro mamy do przejścia ponad 2 km? Na to też znalazł się sposób. Byliśmy jedynymi gośćmi tego dnia i restauracje zamykano wraz z naszym wyjściem. Właściciele wracali do domu, odwieźli więc i nas.
     Tak skończył się kolejny dzień naszej podróży. Jutro zaś pobudka o 6:00. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dwa tygodnie w Apulii- Wyjeżdżamy z Apulii czyli Matera

      Wczoraj poszliśmy spać dość późno a dziś mieliśmy wstać wcześnie rano. Dziś kolejny z naszych dobroczyńców, gdyby nie on nie dojechal...