5 dzień naszej podróży po Apulii. Dziś nie musimy się spieszyć. Zarówno do Martina Franca jak i Locorotondo mamy rzut beretem od naszego Alberobello. Wstajemy więc i standardowo poranna kawa i śniadanie.
Opuszczamy kościół św. Rodziny. Dziewczyny nie mogą się już doczekać targu, tak więc wyruszamy na zakupy.
Szmaty, szmaty i jeszcze raz szmaty. Panie są w niebie a ja znudzony. Cóż jednak zrobić, byłem w mniejszości. Znalazło się jednak także coś dla mnie. Moja stara arafatka kupiona za 5 zł zaczęła się już rozchodzić a tu na stoisku second hand prawie nowiutka arafatka i to oryginalna, za jedyne 3 euro. Wszystkie stoiska z ciuchami już zaliczone to teraz coś dla mnie. Gospodyni prowadzi nas na tę część targu gdzie sprzedają sery, owoce i ryby ale to jutrzejszy targ w Alberobello urzeknie mnie tak że o mało co nie spóźnimy się na pociąg.
Targ zwiedzony wyruszmy więc na starówkę. Idziemy spacerkiem w stronę starego miasta, gdy nagle słyszę muzykę. Momentalnie mnie to przyśpiesza, muzyka na ulicy to jest to co uwielbiam. Tym razem jednak zespół a bardziej okoliczności w jakich gra zaskakuje mnie tak, że nie mam odwagi wyjąć aparatu. Okazuje się, że muzyka dobiega z... pogrzebu.
My jednak wybieramy się najpierw do parku. Po spacerze na targu chcemy trochę odpocząć.
Dalej ruszamy na starówkę licząc na to, że pogrzeb który spotkaliśmy już się zakończył i nie natkniemy się w kościele na mszę pogrzebową. Docieramy najpierw do kościoła św. Antoniego. Emka z Gospodynią zostają jednak na zewnątrz ( obie widziały już ten kościół ). Ja wchodzę i podziwiam skarby wewnątrz.
Gdy wyszedłem na zewnątrz Gospodyni zwróciła moją uwagę na otwarte wejście obok kościoła. Tak trafiłem w miejsce, które już na zawsze zostanie w mojej pamięci. Tam gdzie turyści wchodzą tylko przez przypadek i nie są chyba miłymi gośćmi, wszystko niszczeje. Ptaki wiją gniazda w odstających od ściany freskach a o ściany upomina się przyroda, której ktoś kiedyś wydarł ten skrawek ziemi.
Po tych widokach zabieram dziewczyny i wyruszamy dalej. Po drodze wstępujemy na kawę do Gran Caffe. Dalej uliczkami starej Martina Franca docieramy...
do kolegiaty św. Marcina, patrona nie tylko mojego ale icałej Martina Franca.
Z kolegiaty idziemy na stację, bo po zakupach nasze plecaki ciążą. Wracamy na mieszkanie, przejeżdżając przez Locorotondo. Po obiedzie wracamy do tego miasteczka.
Gdy dojeżdżamy do Locorotondo jest już po zmroku. To jedna z zalet podróżowania późną jesienią. Miasta oświetlone sztucznie zawsze są piękniejsze. To miasto szczególnie nabrało walorów po zmroku, ale po kolei.
Najpierw trafiamy przed urząd miejski z całkiem fajną fontanną,
która jest umiejscowiona przed jeszcze fajniejszym budynkiem.
Dalej trafiamy do całkiem fajnej i malutkiej kaplicy
i kościoła św. Mikołaja.
Dziewczyny znów odpoczywały w parku a ja zwiedziłem cały ten park. Widok na miasto z umieszczonego wyżej parku był super. Aparat jednak nie chciał współpracować z fotografem.
Na starówkę wchodzimy przez plac Vitorio Emanuel
i dalej uliczkami miasta podążamy oczarowani tym miejscem. Tak właśnie wyobrażałem sobie miasteczka na południu Włoch. Wąskie uliczki, na tyle wąskie że sąsiedzi mogą sobie pożyczać cukier przez okno na 2 piętrze. Do tego ogródki wprost na ulicach. Cudowne miejsce.
Kończymy nasz dzień odwiedzając kościół św. Jerzego. Zakonnica pozwala mi nawet wejść do zakrystii.
Wracając na stację zahaczamy o bar Caffe della Villa na piwko. Pociąg jak zwykle opóźniony odwozi nas do Alberobello. Jemy kolację i spać bo jutro czeka na nas morze Śródziemne .
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz