niedziela, 4 grudnia 2016

Dwa tygodnie w Apulli- Lecce czyli barok wąsko i barok

     Nastał więc poniedziałek, pogoda piękna, zapowiada się wręcz upał. Po zimnym październiku w Polsce mamy słoneczny poranek i temperaturę taką że wystarczy krótki rękaw. Mieliśmy plan ogólny wyjazdu czyli miejscowości jakie chcielibyśmy zobaczyć, ale kiedy to pozostało kwestią otwartą. 
     Podróże po Apulii zaplanowaliśmy pociągiem ewentualnie autobusem, dlatego wszystkie niedziele i święta spędzimy w bazie czyli Alberobello. Dziś jednak jedziemy do  Lecce.
     Śniadanie, kawka i na stację. Nie mamy bezpośrednio pociągu do Lecce, przesiadamy się się w Martina Franca. Już sama podróż sprawia nam wiele frajdy, za oknami rozsiane pojedyncze trulle w gajach oliwnych. Dla mnie wyglądają nawet piękniej niż skupiska trulli w Alberobello. 
     Dojeżdżamy do Lecce, ruszamy pędem na starówkę. Pierwszy na naszej drodze staje kościół M.B. z Góry Karmel i od razu przekonujemy się co to barok w Lecce. Ogrom zdobień bije w oczy jasnym blaskiem.






    Z del Carmine wyruszamy dalej wąskimi białymi uliczkami.


Poprzez katedrę trafiamy na piękny plac katedralny z dzwonnicą. Jedno z najpiękniejszych i najobszerniejszych miejsc w całym Lecce. Pogoda nam dopisuje mamy ponad 20 stopni Celsjusza. Cieszymy się zarówno pogodą jak i miastem które ma nam do zaoferowania kolejne atrakcje.







Ruszamy  dalej, ale w międzyczasie (pojęcie z zakresu filozofii ale nie fizyki bo czas jest ciągły i nic nie może być między :) ) mija magiczna godzina 13:00. Oznacza to że pozostaje nam jedynie zwiedzanie ulic i elewacji. Później często będziemy o tym zapominać i szukać coś do jedzenia ale o tym w kolejnych częściach. Tak więc nasz spacer doprowadza nas do kościoła św. Ireny


     Wreszcie trafiamy w miejsce gdzie uświadamiam sobie, że jestem w miejscu gdzie tworzyła się cywilizacja łacińska. Amfiteatr rzymski uświadamia mi że to nie Polska gdzie zabytki z XII w. są skarbem. Tu gdzie jesteśmy, trafiamy na ślady z I w n.e. Ja od szkoły średniej zafascynowany starożytnością i średniowieczem, jestem w niebie.




     Następnie postanawiamy odwiedzić zamek Karola V. Ten jednak jest w remoncie. Bardzo mnie to rozczarowało bo chociaż nie jestem znawcą zamków to bardzo lubię je odwiedzać. Niestety nie tym razem. Obeszliśmy więc mury i ruszyliśmy dalej.


     A dalej to bazylika św. Krzyża i pianista, który zarabia przed wejściem do owej bazyliki. Tak więc odwiecznie zakochani w ulicznych grajkach, wysłuchujemy jego koncertu


i ruszamy dalej do bazyliki. Tu pomimo sjesty udaje się nam wejść. Niestety elewacja frontowa była w remoncie, wnętrze natomiast olśniewało swym pięknem i przepychem.



Największe wrażenie zrobiły na mnie orzechowe kasetony na suficie nawy głównej.

fot. M. Kogut


     Wracamy znowu na ciasne uliczki starego Lecce.



W końcu głodni postanawiamy znaleźć coś do zjedzenia. Przypominam że jest siesta, więc to nie takie proste. Znaleźliśmy jakąś knajpkę z kanapkami na gorąco. Każde z nas zamawia po kanapce, kupujemy piwo i maszerujemy na pobliską ławeczkę. Tam z widokiem na palmy dokonujemy konsumpcji. 


W czasie gdy jedliśmy, na skrzyżowaniu niedaleko naszej ławeczki, pojawił się żongler. Gdy tylko włączyło się czerwone świetło wychodził na środek ulicy i podrzucał swoje piłeczki po czym zbierał pieniążki od kierowców. Podszedł do nas po papierosa, postanowiłem i ja dorzucić wynagrodzenie za jego występ i oddałem mu pół paczki naszych papierosów które zabrałem ze sobą.
     Wracamy na starówkę przez bramę Napoli 



i wracamy na nasze ciasne uliczki



Kolejne kościoły i kamienice. W jednym z kościołów trafiamy na wystawę obrazów o tematyce marynistycznej. Oronzo de Matteis, malarz sam wystawia i sprzedaje swoje obrazy


Znowu uliczki i dech zaparty.




Zmęczeni już ciasnotą uliczek i przepychem baroku przysiadamy na kawę w Mokaffe. Obeszliśmy już całą starówkę. Co robić dalej, dzień jeszcze się nie skończył. Przy sąsiednim stoliku jacyś Brytyjczycy opowiadają o tym jak byli w zamku. Wiecie co to oznacza? Otóż to że można tam wejść. 



     Wracamy więc na zamek. Okazuje się że nie ma wiele do zwiedzania bo większość rzeczywiście jest w remoncie. Na zamku jest jednak wystawa dzieł Andy'ego Warhola. Znowu dobry los pomógł nam znaleźć coś co wprowadziło nas w zachwyt. 




Niestety ten portal to wszystko co udało nam się zobaczyć z samego zamku.


Wracamy na stację, po drodze fotografując jeszcze co się da.


Ruiny


Drzewa


Kościoły (ten św. Jana Chrzciciela)


 Bramy


Obrazy


i Emkę

Wracamy do Alberobello i poznajemy co to kolej w Apulii. Pociągi opóźnione to standard.  Przez dwa tygodnie nie udało nam się odjechać o czasie. Na szczęście nigdzie się nie śpieszymy. Co więcej w Martina Franca mamy czas na zakupy na kolację i śniadanie. Przecież jeść też trzeba bo nie samym barokiem Olewka żyje. Jutro święto to nigdzie nie wyjedziemy ale będzie czas na trulle. Do zobaczenia więc w Alberobello po raz drugi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dwa tygodnie w Apulii- Wyjeżdżamy z Apulii czyli Matera

      Wczoraj poszliśmy spać dość późno a dziś mieliśmy wstać wcześnie rano. Dziś kolejny z naszych dobroczyńców, gdyby nie on nie dojechal...